niedziela, 28 lutego 2016

Karolina Ingarden "Czy mogłabym zaprzyjaźnić się z Witkacym tak jak mój pradziadek?"

Karolina
Karolina Ingarden zajęła trzecie miejsce w konkursie literacko-historycznym pt "Przeszłość nie jest krainą, którą tak łatwo opuścić." http://www.sp45.pijarki.pl/index.php… Napisała pracę o przyjaźni dwóch filozofów, Witkacego i Romana Ingardena, jej pradziadka.








Czy mogłabym zaprzyjaźnić się z Witkacym tak jak mój pradziadek?

Karolina Ingarden
Szkoła Podstawowa Nr 2 Myślenice, klasa VIa

IV edycja konkursu literacko-historycznego
"Przeszłość nie jest krainą, którą tak łatwo opuścić"
Literackie wspomnienie z historii mojej rodziny.
Myślenice 2015

Jak to się zaczęło

Wszystko zaczęło się niewinnie wiosną 1924 roku. Nikt, nawet oni sami nie podejrzewali, że skończy się to przyjaźnią na długie lata. A jednak. Mój pradziadek, Roman Witold Ingarden i Stanisław Ignacy Witkiewicz poznali się na jednym ze spotkań w toruńskiej Konfraterni Artystów, gdzie Witkacy miał odczyt na temat teatru. Pierwsze wrażenie nie było najlepsze, powiem więcej, było fa-tal-ne. Przdziadek w swoich wspomnieniach napisał: "Odczyt był nieprzejrzysty, monotonny, a zbyt szybko czytany. (...) Prelegent rozpoczął go uwagą, że nie wie, czy będzie dobrze mówił, bo wypił za mało alkoholu." (1) Określił Witkacego jako osobę dość nonszalancką, impertynencko uprzejmą, ze znaczną dozą zaznaczonej swej wyższości i robionej pewności siebie. Wprawdzie wykład artysty nie przypadł Ingardenowi do gustu, ale rozmowy kuluarowe zatarły złe wrażenie, pomimo, że Witkacy nie był w pełni zdolny do myślenia z powodu zbyt dużej liczby wzniesionych toastów.

Kim byli bohaterowie historii
Roman Witold Ingarden (ryc. 1) urodził się 5 lutego 1893 r. w Krakowie. Studiował matematykę i filozofię we Lwowie, Getyndze i Fryburgu. W 1918 roku doktoryzował się u Edminda Huserla. Był profesorem gimnazjów w Toruniu, Warszawie, Lublinie i Lwowie. Po uzyskaniu habilitacji w 1924 roku został docentem, a w 1933r. profesorem Uniwersytetu Jana Kazmierza we Lwowie. W trakcie II wojny światowej uczestniczył w tajnym nauczaniu i pracował na swoim dziełem pod tytułem :Spór o istnienie świata". Po zakończeniu okupacjiwykładał na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Opublikował łącznie 224 prace, pisał głównie po polsku i niemiecku. Przyjaźnił się i korespondował z Edytą Stein, późniejszą świętą Teresą Benedyktą od Krzyża. Ożenił się z Marią Adelą Józefą Pol. Mieli razem trzech synów: mojego dziadka Romana Stanisława oraz Jerzego Kazimierza i Janusza Stefana (4).




Stanisław Ignacy Witkiewicz - "Witkacy" (ryc. 2) urodził się 24 lutego 1885 roku w Warszawie. Był filozofem, malarzem, pisarzem, dramaturgiem, fotografem i skandalistą. Gdy Stanisław miał pięć lat, przeniósł się z powodu choroby ojca do Zakopanego. Witkacy pobierał korepetycje, zazwyczaj prowadzone przez wybitnych artystów i profesorów uniwersyteckich. Pisał dramaty i prace filozoficzne. Rozpoczął studia na Akademii Sztuk Pięknych u Jana Stanisławskiego, później Menhofera. Witkiewicz dużo podróżował do Francji, do Paryża, gdzie poznawał najnowsze trendy malarstwa europejskiego. Po studiach mieszkał w Zakopanem, pisząc i malując. Ojciec z powodu choroby przeniósł się do Lovranu w Chorwacji, gdzie syn go często odwiedzał. Wielkim przeżyciem dla niego było samobójstwo jego narzeczonej, Jadwigi Janczewskiej. Zwariowany artysta i malarz pisał sztuki teatralne. Szokowanie ludzi oraz rysunek, głównie portretowy, traktował jako swoje hobby. (5)

Przyjaźń
Po pierwszym spotkaniu nastąpiła ponad dziesięcioletnia przerwa w kontaktach. Odnowienie znajomości miało miejsce latem 1935 roku, w ulubionym przez obu filozofów Zakopanem. Spotkanie to zaowocowało bogatą korespondencją. Niestetty Listy Ingardena do Witkiewicza zniszczyła wojna. Korespondencja Witkacego do pradziadka Romana przetrwła, łącznie 86 listów (3). Pierwsze listy przesłane zostały jeszcze przed spotkaniemw stolicy Tatr. Witkacemu zależało bardzo na utrwaleniu twarzy Romana Ingardena na portrecie. Ujmuje on to tak: "(...) Mam nadzieję, że Pan Profesor po przyjeździe do Warszawy w niedługim czasie zadzwoni i może się zobaczymy (ba, nawet nie wiem jak Pan wygląda) i wykonam część swojego rewanżu "uczuciowego i przedmiotowego" (bo wtedy w Toruniu byłam całkowicie pijany. Marzę o portrecie pana, aby odciążyć gruczoły wdzięcznościowe - to mój jedyny sposób . (...) Łączę wyrazy głębokiego szacunku (cieszę się, że Pan  i s t n i e j e  w o- g ó l e), sympatii i wdzięczności. Witkacy" (3). Od pamiętnego odnowienia znajomości Witkacy spotykał się z pradziadkiem co roku w wakacje. Ostatnie spotkanie miało miejsce tuż przed wybuchem wojny, w lipcu 1939. Roman Ingarden mieszkał w Antałówce w wilii Zofiówka, a około 200-300 metrów dalej znajdowała się willa Witkacego. Nie obeszło się oczywiście bez spotkań. Artysta i filozof codziennie chodzili na wspólne spacery po okolicy. Mimo, że bardzo się różnili, zawsze znajdowali wspólny temat. Rozmawiali o filozofii, sztuce i pięknie natury. (1, 2) Przdziadek w swoich wspomnieniach pisze o zmianie swoich poglądów dotyczących charakteru Witkacego: "Był człowiekiem niezwykle delikatnym, czułym niezmiernie na to, by nikogo nie urazić, gdy go raz dopuścił do swojej przyjaźni, ale zarazem też i bardzo dotkliwie odczuwającym wszelkie niedociągnięcia, a nawet niezamierzone niezręczności w stosunku do niego (...)". (1) Witkiewicz uwielbiał zwracać na siebie uwagę innych i prowokować dziwnymi zachowaniami. Pewnego dnia, gdy pradziadek z synem (moim dziadkiem Romanem Stanisławem) przyszli do jego willi, dom zastali pusty. Weszli więc do salonu. I nagle spod stołu wychodzi nie kto inny jak Witkacy rycząc i zachowując się jak niedźwiedź (2). Nie był to jednorazowy przypadek . Janusz, najmłodszy syn Ingardena, opowiadał w swoich wspomnieniach, że miał okazję widzieć artystę chodzącego na czworakach i szczekającego jak pies (2). Podobno tych dziwnych sytuacji było więcej. Dzieciom, jak wspominał mój dziadek, bardzo się to podobało, czego nie można powiedzieć o pradziadku. Był raczej zszokowany i rozczarowany zachowaniem swojego przyjaciela (2).
Ryc. 3 Portret Romana Ingardena 1924r
Ryc. 4 Portret Marii Ingarden 1924r



















Pierwszy raz moi przdziadkowie zostali sportretowani w 1924 roku w Konfraterni Artystów w Toruniu. Witkacy dzielił portrety na różne typy: A, B, C, D i E. "Typ A - najbardziej wylizany i najdroższy. Tyb B - charakterystyczny. Pewne "uproszczenia", podkreślenie cech, robota mniej wylizana. Portrety Ingardenów wpisuję się w szczegółowo przemyślany przez Witkacego system typów, które różniły się od siebie podejściem do modela. Ingardenowie "należą" do typu C - obraz zbliżony do Czystej Formy, czyli z punktu widzenia krytyków i laików karykatura i deformacja. Wykonana przy użyciu C2H5OH - obecnie wykluczone. Będzie kiedyć wielką rzadkością. Typ D - to samo, tylko bez C2H2OH, Typ E - intuicyjnie osiągnięty wynik typu A i B, bez kopiowania natury jako takiej, tzn ine środki "ujęcia formy" (6).


Ryc. 5. Portret Romana Ingardena "turbanowy" 1935
Ryc. 6. Portret Marii Ingarden sierpień 1939



















W namalowanym obrazie chodziło o oddanie ekspresji danej osoby. Żona Romana, moja prababcia, jest na portrecie z 1924 roku bardzo poważna i ma trochę rozszerzone źrenice, ponieważ była tuż po chorobie związanej z narodzinami najmłodszego syna Janusza. Kolejne portrety Ingardenów zostały namalowane ponad dziesięć lat później, w latach 1935, 1937 i 1937 w Zakopanem. Witkiewicz namalował kilka portretów pradziadka, w tym namalował kilka portretów pradziadka, w tym dwa portrety , na których Roman ma na głowie turban (portret turbanowy nr 1 (ryc. 5) i "turbanowy" nr 2, portrety dwóch młodszych synów Romana: Jerzego, późniejszego pilota RAF-u, który zmarł tuż po wojnie i Janusza, architekta, oraz dwa portrety Marii Ingarden, Na ostatnim z zachowanych portretów, z sierpnia 1939 roku, znajduje się moja prababcia Maria, nazywana przez najbliższych  "Nuna". Witkacy namalował ją w pośpiechu, tuż przed wyjazdem na Kresy. Prababcia jest na nim niezwykle smutna, ma piękne, niebieskie oczy i czerwone usta (ryc. 6). Uważam, że jest to jeden z najpiękniejszych portretów, jakie widziałam. W lewym dolnym rogu istnieje adnotacja: N. S. W., co oznaczało "na stopniach wagonu".
Witkacy używał na swoich obrazach innych dziwnych skrótów, między innymi (nie piłem wódki), NPE (nie piłem, nie paliłem), NPP i Π(nie piłem piwa). Wszystkie portrety wykonywał bardzo szybko, bo w ciągu paru godzin. Poza dwoma pierwszymi portretami z 1024 roku, pozostałe zostały opisane jako typ B, E oraz Bi E.
Ryc. 7. Maria Ingarden z synami
 Jestem ciekawa jak wyglądało takie portretowanie, jak długo trwało i ile portretów było malowanych podczas takiej sesji. Czasami zastanawiam się, czy mój portret byłby w typie A, B, C, czy może E? Obrazy Witkacego robią na mnie duże wrażenie. Widać, że autor musiał mieć bardzo bujną wyobraźnię o jakiej we współczesnych czasach ,można tylko pomarzyć.
Stanisław Ignacy Witkiewicz zmarł śmiercią samobójczą 18 września 1939 roku. Na wieść o wybuchu wojny zgłosił się do wojska. Chciał walczyć i umrzeć za Ojczyznę jako szeregowy żołnierz. Jednak komisja odrzuciła jego kandydaturę, ponieważ był ich zdaniem za stary (miał 54 lata). Decyzję o odebraniu sobie życia podjął, gdy usłyszał wiadomość o wkroczeniu do Polski Armii Czerwonej. Samobójstwo wraz z nim chciała popełnić jego kochanka, Czesława Oknińska. Witkiewicz rozpuścił w miseczce tabletki luminalu i cybalginy. Śmiercionośną miksturę wypiła Czesława, jednak z braku czystej wody popiła tabletki wodą z kałuży, przez co, zanim trucizna zdążyła ją zabić, wszystko zwymiotowała. Zapadła w narkotyczny sen, z którego obudziła się po kilku dniach. Witkiewicz zaś zażył pastylki na pobudzenie krążenia krwi. Dziewczyna zasypiając, widziała jeszcze jak Stanisław podcina sobie żyletką żyły, najpierw na ręce, później na nodze, a w końcy tętnicę na szyi. Odnaleźli ich mieszkańcy Jezior. Stanisław Ignacy Witkiewicz zmarł, pochowano go nazajutrz. Czesława przeżyła, zmarła dopiero w 1975 roku. Po latach ciało artysty ekshumowano, jednak okazało się, że w trumnie zamiast Witkacego znajdowała się ukraińska kobieta. Do dziś nie ustalono gdzie znajduje się jego grób. Są nawet zwolennicy teorii, że artysta przeżył wojnę i mieszkał do lat 60-tych w Łodzi (7).
myślę, że mój pradziadek bardzo przeżył śmierć przyjaciela. Z pownością, gdybym dożyła wynalezienie wehikułu czasu, to przeniosłabym się w czasie i dowiedziałabym się, jak to było naprawdę i gdzie znajduje się ciało Witkiewicza.
Przyjaźń Romana z Witkacym była zadziwiająca. Nie była ona taka, jaka jest zazwyczaj - krótka i normalna. W tytule zadałam pytanie: "Czy mogłabym zaprzyjaźnić się z Witkacym?" Sama nie wiem... Ingardenów pociągają różniący się od nich ludzie, lubią poznawać inne kultury, odmienne poglądy, czasami jest to tylko łagodne zainteresowanie, a czasem wręcz fascynacja.
Ostatnio byłam na grobie pradziadka Romana Witolda Ingardena i okazało się, że na mapie cmentarza miejsce jego spoczynku zaznaczone jest czerwonym kolorem. Miło było popatrzeć jak całkiem obcy ludzie przychodzą na grób, kładą znicz i trzy razy odmawiają modlitwę: "Wieczne odpoczywanie racz im dać Panie , a światłość wiekuista niechaj im świeci na wieki wieków. Amen"
Hm, czy mogłabym zaprzyjaźnić się z Witkacym? Tak, mija odpowiedź brzmi: "TAK"



Piśmiennictwo:
  1. Ingarden R. W.: "Wspomnienie o Stanisławie Ignacym Witkiewiczu", w: "Stanisław Ignacy Witkiewicz. Człowiek i twórca" red. Kotarbiński, Płomiński, PIW, Warszawa 1957
  2. Elena de Varda: „ Ingarden e Witkiewicz: Un Dialogo Sulla Pittura” Filmlux 2013, https://youtu.be/F_TY-PlTtAo.
  1. Stanisław Ignacy Witkiewicz, Roman Ingarden: „Korespondencja filozoficzna” Wydawnictwo IFiS PAN, Collegium Civitas Press, Warszawa 2002
  2. Roman Witold Ingarden: Wikipedia Wolna Encyklopedia: https://pl.wikipedia.org/wiki/Roman_Ingarden
  3. Stanisław Ignacy Witkiewicz: Wikipedia Wolna Encyklopedia : https://pl.wikipedia.org/wiki/Stanis%C5%82aw_Ignacy_Witkiewicz
  4. Witkacy > Skróty > http://www.muzeum.slupsk.pl/index.php/oferta/witkacy/skroty
  5. Mróz T.: "Kulisy śmierci Witkacego". http://niewiarygodne.pl/kat,1017181,title,Kulisy-smierci-Witkacego,wid,11041939,wiadomosc.html
  6. Wszystkie zdjęcia pochodzą z archiwum rodzinnego i są objęte prawami autorskimi. Wykorzystani ich bez zgody rodziny jest zabronione.


niedziela, 21 lutego 2016

Andrzej Banach "Spotkania" rozdział "Roman Ingarden W jaki sposób istnieje świat"
















Pojawiła się nowa pozycja krakowskiego "Małego Wydawnictwa", "Spotkania" Andrzeja Banacha. W jednym z rozdziałów wspomina on Romana Ingardena tymi słowami:

"Roman Ingarden.
W jaki sposób istnieje świat?

Moje pierwsze spotkanie z profesorem Ingardenem odbyło się na wystawie księgarni. W roku 1947, w Rynku Krakowskim, naprzeciwko Wieży Ratuszowej, zobaczyłem na wystawie dużą książkę: Roman Ingarden, Spór o istnienie świata, tom I, nakładem Polskiej Akademii Umiejętności. W roku następnym ukazał się tom drugi. Jeszcze grubszy, liczył 848 stron. Kupiłem po kolei oba i zacząłem czytać. Czytanie, a raczej studiowanie, szło powoli i z trudem. Miałem ciężką pracę w biurze, byłem zmęczony, lecz codziennie od czwartej do siódmej wieczorem toczyłem spór o istnienie świata. Znalazłem się w labiryncie, w którym ktoś pokazywał mi światło. Im mniej rozumiałem, a z początku nie rozumiałem nic, tym bardziej byłem zaintrygowany. Więc istnieje kamień, szklanka, których własności fizyczne łatwo opisać. Istnieje też człowiek, który szklankę może wziąć do ręki i stłuc. Człowiek ma ciało, np. rękę, ale ma też tak zwaną duszę, np. świadomość, która istnieje inaczej niż jego nos. Są też dzieła sztuki, obrazy, książki, istniejące inaczej niż człowiek, choć przez niego stworzone. One nie umierają i nie są identyczne z płótnem czy papierem. Istnieją, jeśli ktoś potrafi je odczytać. Istnieją też przedmioty, takie jak koło, kula, kwadrat, nie stworzone przez człowieka i mające identyczność niezależną od ich kształtu czy materii. Najrozmaitsze kule są zawsze kulą. Istnieje „Uniwersytet”, niezależny od budynku i składu profesorów. Istnieje też na pewno czas. Ale jak? Oto bardzo uproszczone tematy pytań, które stawiał Ingarden w swojej pracy, nigdy nie skończonej.
Byłem urzeczony. Wydałem niedawno drukiem pracę doktorską, profesor Wolter ocenił ją dobrze, przyjął mnie jako asystenta, zachęcał do kariery naukowej. Doktor, a więc habilitacja. Hodowałem już w sobie bakcyle grafomanii, byłem autorem paru książek, pisanie mnie kusiło. Nie pytałem Woltera o temat. Mógł być tylko jeden: Jak istnieje prawo. Niby wiadomo. Wydaje się Dziennik Ustaw i przedrukowany z niego kodeks karny. Podobny jest do innych książek, kupuje się go w księgarni.
Dziełami literatury zajmował się Ingarden. Ale prawo istniej inaczej. W kodeksie napisano:
Kto zabija człowieka, podlega karze śmierci.
I ten przepis działa inaczej niż tomik poezji. Kto go nie posłucha, naraża się na aresztowanie. Znajdzie się prokurator, który go oskarży, sędzia, który go skaże i kat, który go powiesi. Prawo, za zgodą z nas wszystkich, odznacza się szczególną skutecznością.
Postanowiłem zająć się tym tematem. Oczywiście, nie byłem pierwszy. Tym gorzej. Musiałem przestudiować dostępną mi literaturę z teorii prawa i zająć stanowisko przeciwne. W wielu sprawach Ingarden był mi niezawodnym przewodnikiem.
Pisałem, kreśliłem, przepisywałem, dawałem do przepisania. Nie pomagał mi nikt. Po roku miałem 300 stron maszynopisu. Dowiedziałem się adresu Ingardena i pewnego popołudnia roku 1948 zapukałem do mieszkania przy placu Biskupim.
Otworzył mi uprzejmy pan z gęstymi brwiami, pod którymi błyszczały niebieskie, łagodne i przenikliwe oczy. Wyjaśniłem mu powód mej wizyty, prosiłem, czy mógłby przejrzeć mój tekst i powiedzieć, co o nim myśli. Postanowiłem, że w każdym razie zostawię u niego maszynopis. Ale Ingarden się nie bronił. Poprosił o mój numer telefonu i przyrzekł, że sam się odezwie.
Nie czekałem długo. Już za parę dni usłyszałem jego odpowiedź, a raczej najmilsze dla mnie zapytanie. Czy mogę przychodzić do niego po południu, dwa razy w tygodniu, dla wspólnej pracy. Jest nią zainteresowany.
Byłem w siódmym niebie. Ingarden robił własnoręcznie liczne poprawki, tępił moją nietolerancję, wyjaśniał nieporozumienia, a przede wszystkim dodawał od siebie, i za mnie, liczne sądy, na które nie potrafiłem się zdobyć. Zmienił przede wszystkim tytuł pracy na skromniejszy: „U podstaw teorii prawa”. I za parę miesięcy skończyliśmy redagowanie tekstu.
Zgłosił mnie jako członka Polskiego Towarzystwa Filozoficznego (i opłacał nieraz za mnie składki), a gdy mówiłem o projektach habilitacji, do czego konieczny był druk, w formie książki niemożliwy, zaproponował takie rozwiązanie: wydrukuje się prace częściami w „Kwartalniku Filozoficznym” Polskiej Akademii Umiejętności. W ten sposób warunek będzie spełniony. Ingarden zajmie się tym wszystkim, a nawet korektą. Dla mnie rzecz istotna, gdyż jeszcze raz opracuje mój tekst.
I rzeczywiście, otrzymałem we wrześniu roku 1949 trzecią korektę stron 117–153 „Kwartalnika Filozoficznego” rocznik XVIII, zeszyt 2, w pięknej, gotowej do druku odbitce.
Wielka radość. Ale krótka. Za parę dni zadzwonił do mnie naczelnik Urzędu Kontroli Prasy i Widowisk. W krótkiej rozmowie powiedział, że tekst mój nie będzie drukowany. Wielki smutek.
Byłem młody, nie poddawałem się. Za półtora roku miałem gotową nową pracę, z myślą o habilitacji, pod tytułem „O jedności istoty przestępstwa”. Teraz kontakt z profesorem Wolterem był ścisły. Ale nie zapomniałem o Ingardenie.
Pod koniec roku 1950 w gmachu Polskiej Akademii Umiejętności czytałem na posiedzeniu naukowym „własną pracę” pod wspomnianym wyżej tytułem. Nie wzbudziłem entuzjazmu, nie było większej dyskusji. Ingarden zaś miał swój wywiad. Na drugi dzień zatelefonował rano i zaproponował spotkanie w kawiarni Noworolskiego. Przy kawie powiedział, że zbyt często powołuję się na niego. I to będzie mi przeszkadzać. Lepiej dla mnie, żebym przemilczał jego wpływy. On nie będzie miał pretensji, rozumiejąc sytuację.
Bo sytuacja była ciężka. Ingarden był w niełasce, podejrzewano go o grzech idealizmu. Usunięto go z Uniwersytetu, nie mógł drukować. Żalił się, że nie uczestniczył w otwarciu roku akademickiego.
Ale ta niedola mogła mnie tylko zbliżyć do niego. Odpowiedziałem, że w pracy mojej niczego nie zmienię i rozstaliśmy się serdecznie.
A tej pracy nic już nie zaszkodziło. Po chłodnych komplementach utknęła gdzieś w Warszawie i nigdy jej nie wydrukowano. Zostały z niej cztery strony w „Sprawozdaniach Polskiej Akademii Umiejętności”. Zaproponowano mi stanowisko naukowe bez habilitacji. Złożyłem rezygnację.
Z Ingardenem spotykaliśmy się dalej. Na zebraniach Towarzystwa Filozoficznego, na ulicy, na kolacjach u nas w domu. Mijały lata. Spotkaliśmy się też w Paryżu. Ingarden wracał ze Stanów Zjednoczonych, filozofia w tym kraju bardzo mu się nie podobała.
Czytałem jego książki, starałem się mieć wszystkie. Dał mi wydania niemieckie: Das literarische Kuntswer z oku 1931, Vom Erkennen des literarischen Kuntswerk z roku 1968. A ponieważ kiedyś, w głupim żarcie, wręczając mu własną książkę powiedziałem, że krępują mnie dedykacje – więc patrzę dziś ze wstydem i wzruszeniem na osobne kartki, dołączone do ofiarowanych mi książek: „Drogiemu… z serdecznym pozdrowieniem”.
Nie pisałem mu na moich książkach dedykacji, bo czułem, że Ingarden tych książek nie lubi. Myślał dla mnie, może słusznie, o czym innym. Kiedyś, gdy przywrócono go do łask, w roku 1958 został członkiem Polskiej Akademii Nauk i po dziesięciu latach mógł znowu wydawać, spotkaliśmy się na przyjęciu w konsulacie Francji. Ingarden był w dobrym humorze, trącił się ze mną kieliszkiem i powiedział:
A może byśmy wrócili do pana książki sprzed dziesięciu lat? Nie ma takiej pracy w literaturze światowej. Ja panu pomogę. W ontologii i teorii poznania napisano przez ten czas niejedno. Zaktualizujemy pana tekst i postaram się o jego wydanie.
We mnie jednak uzbierała się gorycz przez dziesięć lat milczenia. Odpowiedziałem, że nie chcę wracać do przeszłości utraconej. Było, minęło, niechby nie było.
Dziś tego żałuję.
Spotykaliśmy się dalej. Pamiętam, było otwarcie wystawy S. I. Witkiewicza w nowym gmachu Muzeum Narodowego. Brat mój, dyrektor Muzeum, wygłosił przemówienie, goście znakomici skupili się osobno. Ingarden odszedł od nich, przywitał się ze mną, z bratem i Elą, zwiedziliśmy razem wystawę, a potem usiedliśmy w galerii z widokiem na Błonia. Piliśmy kawę, może nawet czerwone wino. Ingarden zapytał wtedy żartobliwie: „No i co, są to kicze?”. Nie chciałem go urazić, nie wiedziałem, co powiedzieć, sprawił mi wielką przyjemność.
A potem widywałem go rzadziej, nie wiedziałem, że chorował, w roku 1970 umarł. Straciłem bliskiego człowieka. Żałowałem każdego miesiąca, w którym go nie spotkałem.
Nieśmiertelność wielkich ludzi nie jest jednak metaforą. Teraz, każdego miesiąca, zaglądam do jego książek, szczególnie do rozprawy O budowie obrazu (Kraków 1946). Zbieram jego teksty, których mi brak. Gabriela, pisząc książkę o Andriollim cały rozdział oparła na jego kryteriach dzieła sztuki.
W roku 1985 dostałem zaproszenie z Uniwersytetu Jagiellońskiego na konferencję międzynarodową poświęconą filozofii Romana Ingardena. Przyjechali filozofowie ze Stanów, z Niemiec, z Anglii, ze Szwajcarii, z Liechtensteinu, z całej Polski, aby go uczcić.
Przypomniałem sobie spotkanie w kawiarni Noworolskiego, kiedy mi proponował, abym go zdradził i siebie ratował."


 Zamieszczony tu tekst jest rozdziałem wydanej przez krakowskie Małe Wydawnictwo  (www.malewydawnictwo.pl) książki Andrzeja Banacha Spotkania. Pozycja ta jest dostępna również w księgarni internetowej Bonito.